Jak odnaleźć siebie? Czyli dlaczego warto czasem „pojechać do Vegas”

Las Vegas jest dziś jednym z niewielu miast, które lubię i do którego zawsze z chęcią powracam. Stało się nawet naszą „bazą wypadową” w podróżach po USA. Pozwólcie więc, że na przykładzie Vegas wyjaśnię jedną z najważniejszych – jeśli nie najważniejszą – zasadę życiową, którą stosuję.

Kiedy pierwszy raz byłam na Zachodnim Wybrzeżu USA to nawet nie rozważałam odwiedzania Las Vegas. Tak, wiem, cały świat zna Vegas i jak można nie zagrać tam w kasynie, ale… No właśnie:

„Ja nie jestem osobą, która…”

Gdy pierwszy raz podróżowaliśmy po USA miałam masę przekonań co do swojej osoby. Twierdziłam na przykład, że lubię wielkie miasta, więc spędziliśmy sporo czasu w Los Angeles i San Francisco. W San Francisco to nawet planowałam wcześniej pomieszkać i popracować…

Phoenix wydawało się jakieś niemrawe, więc zatrzymaliśmy się tam tylko po to, by zobaczyć jeden z najsłynniejszych architektonicznych obiektów na świecie – Taliesin West Franck’a L. Wright’a. A Vegas, no cóż, Vegas nawet nie było brane pod uwagę, jako „stolica kiczu, kasyn, imprez i prostytutek”…

Nocleg w Vegas zorganizował się sam z tego tylko powodu, że podróż tego wymagała. W pobliżu nie było nic, a dalsza droga przez Dolinę Śmierci do Mammoth Lakes wymagała ponad 9 godzin. I tak oto jednego wieczora znaleźliśmy się w centrum Vegas. A mój chłopak stwierdził, że skoro już tam jesteśmy to chodźmy zobaczyć sklep Bubba Gump, bo on chce koszulki dla kumpli. Z wielką niechęcią zgodziłam się na krótki spacer po słynnym „Vegas Strip”, czyli głównej ulicy z kasynami, znanej z niezliczonych filmów.

To, co od razu mnie uderzyło to jak różna była „las-vegańska” rzeczywistość (sorry, veganie! ;-)) od moich wyobrażeń. Tak to stolica kiczu i tandety, ale jakże dobrze wykonanej tandety. Jakości architektury Vegas mogą pozazdrościć najdroższe inwestycje świata.

Mimo nieustannego ruchu ulicznego i pieszego nie czujemy się tam przytłamszeni czy zgnieceni, wręcz przeciwnie – nadal czujemy tę amerykańską wielką przestrzeń i wolność. Niby centrum, a pełne „oddechu”. Niby tandeta i kicz – a jest w tym coś pięknego i dostojnego. No i na pewno interesującego. Piramida, wieża Eiffla, rzymskie łuki triumfalne i co tylko są tu bliskimi sąsiadami. Nawet hawajski wybuchający wulkan jest… Wszędzie kolor, neony i światła.

Pamiętam jak stałam tam jak wryta podczas gdy mój chłopak robił zakupy i gapiłam się na ten chaos, tą przestrzeń, ten harmider, tą radość i szaleństwo imprezowiczów, tą kolorową tandetę… I nie mogłam się nacieszyć tym widokiem. Oto ja, jakże święcie przekonana, że kicz, tandeta, imprezy, kasyna – to nie dla mnie – przeżywałam potężny

Dysonans poznawczy

Ten pozytywny dysonans, na zasadzie: „WOW!”… Całość wspaniałego spaceru po Vegas dopełniła wygrana w kasynowej ruletce (jedynej kasynowej grze, w którą umiem grać) i ubaw jak nie chcieli mi tego wypłacić, bo nie miałam przy sobie dowodu…

Jest coś fascynującego w tym całym Vegas – mieście, które nie powinno istnieć, w byciu na środku pustyni, obserwowaniu co może  zbudować wolny człowiek, jeśli tylko nikt się nie wtrąca. Nevada to nadal jeden z najbardziej „wolnych” stanów w USA. A historia samego Vegas jest prosta: budowano tamę, to pracownicy tej budowy chcieli się wieczorem napić i zabawić…

Wolny rynek nie lubi „próżni”, więc szybko zbudowano w pobliżu miasteczko alkoholu, hazardu i seksu. Jeśli w ogóle można zbudować jakiś biznes błyskawicznie i na pustyni to tylko na alkoholu, hazardzie i seksie. Można się sprzeczać o moralność takiej „inwestycji”, ale rzeczywistość jest taka, że to się po prostu dobrze sprzedaje… Jest popyt – jest podaż. I tyle!

Ale wracając do tematu – Vegas cholernie mi się spodobało – tak bardzo, że mój chłopak musiał mnie siłą zabierać z tego centrum. Następnego dnia wyruszaliśmy o 8 rano i mieliśmy przed sobą cały dzień drogi, więc zarywanie nocki nie wchodziło w grę. Poza tym gdy ja się nie wyśpię to jestem jeszcze większą zrzędą niż wtedy gdy próbuje się mniej oderwać od jakiejś rozrywki.

Po kilku kolejnych pobytach w Vegas zastanawiałam się, co dokładnie sprawia, że to miasto jest takie wspaniałe. I doszłam do wniosku, że to nie architektura, przestrzeń, kolor, światła, zabawa… To fakt, że ono nie udaje. Jest kiczowate i tandetne – ale jest w tym autentyczne. I jest w tym coś pięknego, fascynującego, bo nawet jeśli tak jak ja – nie lubisz imprez i tandety – to prawdopodobnie nie lubisz tego właśnie z tego powodu – kicz i tandeta i imprezy na całym świecie zawsze coś udają. Probują się zamaskować.

Vegas z niczym się nie kryje. Nie udaje Rzymu, Wenecji, czy Egiptu – ono po prostu „jest sobą” – kiczowatym tworem na pustyni pełnym dzikiej wolności. Oazą imprezowiczów i szaleńców ale również ludzi, którzy z jakichś powodów po prostu chcą przez chwilę zapomnieć o świecie i uciec od problemów.

Jest tam nawet przesłynna knajpa serwująca fast-foodowe hamburgery, która nazywa się „Heart Attack” (Atak Serca). Na ścianach wypisane jest „credo” założyciela, mówiące mniej więcej to: „Nie będę Cię okłamywał, moje żarcie Cię zabije. Ale na tym polega wolność w tym pięknym kraju, że jak chcesz żreć fast food codziennie i umrzeć na atak serca w wieku 40 lat – to możesz to zrobić i nikomu nic do tego.”. Nawet fast food nie udaje, może tu być swoim zabójczym w efektach sobą.

I to tylko jedna twarz Vegas, bo jest jeszcze stara część z oryginalnymi kasynami, mniejsza w skali i – jak dla mnie – najciekawsza i całe dzielnice wokoło. Jest baza lotnictwa i myśliwce F22 latające nad głowami. Są piękne, ceglano-czerwone kaniony, luksusowe dzielnice jak i biedne i nieco obskurne rejony…

Można tam też obserwować dwa typy „Vegańczyków” (Vegan?): w jednej części są to głównie spełnieni Amerykanie kochający tę „vegańską” wolność. Ci, którzy niosą ze sobą tę zwycięską postawę budującą Amerykański Sen. W innej części – głównie ludzie, których życie w jakiś sposób zniszczyło, swoiste „ofiary” tego miejsca, z najdziwniejszymi i najsmutniejszymi historiami, jakie w życiu słyszałam (prawdopodobnie przynajmniej w części wymyślonymi).

Ale to, co najbardziej podoba mi się w Vegas to wcale nie kasyna, zabawa, ludzie, czy architektura – to poranki w tym mieście. Są jakieś magiczne. Wszystko śpi, tylko mieszkańcy spokojnie podążają do swoich celów. Ta wielka imprezownia zamienia się w senne miasteczko. Wszyscy goście śpią albo walczą z kacem… Zachwycają wtedy też ze zdwojoną siłą pustynne widoki na okoliczne góry.

I gdy wtedy po pierwszym noclegu i spacerze w Vegas wyruszaliśmy rano w kierunku Death Valley, oglądając te senne ulice, nie mogłam wyjść z podziwu jak szalenie podoba mi się to miejsce. I jak niemalże zabrałam sobie możliwość poznania go, przez swoje durne przekonania.

Sokratejski przepis na szczęście

Chodzi mi o to, o co chodziło Sokratesowi, i zastosowaniu jego metody na nas samych. Na kwestionowaniu tego, czego „jesteśmy pewni”, mimo, że nigdy nie zbadaliśmy alternatyw. Z mojego doświadczenia wynika, że im silniejsze przekonania na temat nas samych – tego co lubimy, co nie, co „jest dla nas” lub nie, do czego „się nadajemy” lub nie – tym większa potrzeba zmierzenia się z nimi.

Bo gdy tego nie robimy to żyjemy według czyichś schematów, według tego, co ktoś, nie my, zadecyduje. Skazujemy się na życie przeciętniaka. By mieć coś wspaniałego trzeba zawsze, ale to zawsze odrzucić coś dobrego. Zrobić miejsce w swoim życiu.

Gdy to robimy dzieją się niesamowite rzeczy. Niezależnie od tego, co ostatecznie zdecydujemy. Bo tu nie chodzi o to, by polubić każde nasze nowe doświadczenie. Nie chodzi o to, żeby koniecznie polubić to „Vegas”. Chodzi o to, by odkrywać siebie. Uczyć się o sobie czegoś nowego, lub utwierdzać się w decyzjach, które już podjęliśmy. Chodzi o to, by nie przeżyć życia myśląc

„A co by było gdyby…”

I nie musisz od razu kwestionować całego swojego życia i wszystkich przekonań. Wystarczy, że będzie to nawet mała porcja. Inwestuj po prostu energię i czas, które masz.

Zamiast oglądać kolejny raz ulubiony serial, sprawdź, czy przypadkiem oglądanie tego serialu w wersji angielskiej (czy innego języka jakiego chcesz się nauczyć) nie spodoba Ci się bardziej, bo zmusisz swój mózg do pracy w czasie rozrywki. Zamiast iść/ jechać do pracy tysięczny raz tą samą drogą sprawdź jak wygląda inna droga. Zamiast wmawiać sobie, że nie potrafisz śpiewać zapisz się na kurs śpiewu… Po prostu zrób cokolwiek, o czym jesteś przekonany, że „nie jest dla Ciebie”.

To pociągnie Cię do zupełnie innej rzeczywistości, zmusi Twój umysł do wyjścia poza sztywne ramy. W dokładnie ten sposób działają podróże – zmuszają nas do ćwiczenia wyobraźni. Do konfrontacji z naszymi błędnymi jak się często okazuje przekonaniami…

Na przykładzie tego mojego doświadczenia z Vegas chcę Wam pokazać, że dopóki nie zobaczymy tej drugiej strony, dopóki nie sprawdzimy co faktycznie stoi za tym, co sobie wyobrażamy o sobie i o świecie – nie jesteśmy w stanie poznać siebie, zbudować pewności siebie, a tym samym szczęśliwego życia.

Dlatego róbmy rzeczy, które wychodzą poza utarte schematy naszych codziennych wizji i przekonań. Bo to tam czai się cała magia życia.

Prawdopodobnie spodoba Ci się mój eBook „Jak odnaleźć swój raj”, bo tłumaczy jak jak wykorzystać emocje, by odnaleźć siebie.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE”.

 

 

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s