Czujesz się bezsilny? Zobacz to!

Dziś rano spędziłam dobre pół godziny oglądając wschód słońca. Choć dokładnie nie wiem – mogło to być równie dobrze 5 minut, a może i cała godzina… Czas na Karaibach nie działa jak w innych miejscach, ale wschody i zachody rządzą się jeszcze innymi prawami – mam wrażenie.

Oglądam je niemalże codziennie. I do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak coś teoretycznie tak podobnego do siebie, może być tak fascynujące i tak różnorodne. Bo przecież codziennie jest to prawie to samo. No może chmura w tą czy w tamtą, czy inna tafla morza, więcej lub mniej wiatru… Ale na dobrą sprawę to ciągle to samo.

Więc w czym rzecz?

Takie pytanie pojawiło się w mojej głowie, gdy dziś rano stałam w piżamie na wilgotnym od deszczu tarasie z moją kawą w ręku obserwując świt. Dlaczego tu stoję, dzień w dzień, oglądając jak to słońce leniwie podnosi się z nad horyzontu? Dlaczego to jest takie kuszące? O co chodzi w tym całym spektaklu?

Ktoś kiedyś powiedział mi, że poranne i wieczorne słońce w tym pomarańczowo – różowo – fioletowym kolorze emituje jakieś nieco inne światło – światło, które ponoć wpływa na nas – ludzi – niezwykle pozytywnie i uspokajająco. Nie wiem czy to prawda, ale zdecydowanie jest coś pociągającego w tych porannych i wieczornych spektaklach natury – i na pewno mają one na nas wpływ. Nie bez powodu przecież słońce jest synonimem Boga w każdej – znanej mi – religii i kulturze.

I dzisiaj, w otoczeniu tego pięknego świtu, z majestatycznie zawieszonymi na niebie puchatymi chmurkami, sącząc pyszną kawę i wyczekując pierwszych promieni słońca, zrozumiałam chyba, o co w tym wszystkim chodzi… A przynajmniej to, dlaczego codziennie wyskakuję z apartamentu na taras, by podziwiać te magiczne momenty.

Słońce to symbol siły

Słońce nie wstaje sobie znad horyzontu byle jak. Nie, ono przygotowuje na długo wcześniej najpiękniejsze scenerie, kusi kolorami. Jest coś niesamowitego we wschodach słońca – są zupełnie inne niż zachody.

Kolorystyka zachodów jest ciepła, pomarańczowo-purpurpwa. Dramatyczna, mroczniejsza. Wschody są chłodne, niemalże niebiesko-fioletowe z jednej strony, z silnym kontrastem żółtego i niebieskiego po drugiej.

I jest coś magicznego w momencie samego pojawienia się słońca. Niebieskie niebo nad nim robi się przez moment rażąco – nie przesadzam – rażąco błękitne. Tak żywe, że ciężko uwierzyć, że nie „wyfotoszopowane”. Kontrast kolorów jest tak silny, że oślepia…

A potem słońce, krok za krokiem, promień za promieniem, powoli wychodzi znad horyzontu i oblewa krajobraz swoim ciepłem. Nie znam się na chemii czy fizyce światła. Ale znam się na hipnozie. Ten moment – podobnie jak moment zachodu – jest dla nas ludzi hipnotyzujący.

Dlatego nie możemy odczepić od takiego słońca oczu. Do tego są to jedyne momenty w ciągu dnia, kiedy faktycznie możemy na nie spojrzeć i nie zostać oślepionym jego światłem. I dziś, wgapiona w to wschodzące słońce doszłam do wniosku, że jest w tym jakaś niesamowita siła.

Pomyślałam o tym, co Jordan Peterson mówił niedawno w jednym ze swoich wykładów i co opisuje również w swojej książce. To nawet pierwsza z jego „zasad życiowych”: Utrzymuj odpowiednią postawę: chodź wyprostowany, z piersią dumnie do przodu.

I nie chodzi tylko o to, by się nie „garbić”. Chodzi tu nawet bardziej o postawę życiową (choć ta fizyczna na nią wpływa, co wielokrotnie tłumaczyłam na blogu). Chodzi o odpowiednie podejście do życia. To, co również często powtarzam:

„Nieważne, czy jesteś silny.

Ważne, czy czujesz się silny.”

Kiedy słońce budzi się na horyzoncie zawsze mam w głowie to samo – napatrzyć się na tą „bestię” przez ten krótki moment, bo za chwilę jego siła będzie tak wielka, że zacznie mnie oślepiać. To wiadomość stara jak świat. Przynajmniej jak nasz zachodni świat: „Carpe Diem!”„Wykorzystaj ten moment!”. 

Nie czekaj – działaj od razu, bo nie ważne czy jesteś silny, liczy się to, czy czujesz się silny. Nieważne, czy masz silne czy piękne ciało – liczy się to, jak je prezentujesz. Nieważne jest to jakie masz zasoby i możliwości – liczy się to, czy i jak je wykorzystujesz. I przede wszystkim – nieważne jakie popełniasz i popełniałeś błędy – liczy się to, czy i czego się z nich nauczyłeś. To, jak się zmieniłeś.

W większości przypadków – jak z tym wschodzącym słońcem – czujemy się silny tylko przez moment. Potem on mija i pojawia się całe stado wątpliwości… I jest za późno. I myślimy sobie: „Jasna cholera, straciłem swoją szansę”… Zapisy na tą wymarzoną podróż czy ten ciekawy kurs są już zamknięte… Albo ktoś Cię ubiegł i zajął Twoje miejsce… Albo ta przepiękna brunetka właśnie wyszła z imprezy…

Jest pewien paradoks życiowy – niewykorzystana szansa „boli” dużo bardziej niż porażka. I boli dłużej. Teraz będziesz kroczył przez życie myśląc, jakby ono wyglądało, gdybyś zdążył się zapisać na ten rejs, na ten kurs, gdybyś podbiegł szybciej i zajął to idealne miejsce, gdybyś „ruszył dupę” i poznał w końcu tą piękną dziewczynę…

Nagle, w obliczu niewykorzystanej szansy ewentualna porażka nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że nie sprobowałeś. Nie ma znaczenia to, czy jesteś silny. Myślisz tylko o tym, dlaczego nie czułeś się silny…

I prędzej czy później dociera do Ciebie ta druzgocząca myśl i gdy się pojawia – zalewa Ci całe życie, niczym to poranne słońce oblewa swoim blaskiem krajobraz. Nagle wszystko staje się „jasne”:

Nawet gdybyś poniósł porażkę – nadal czułbyś się silny. Bo coś zrobiłeś. Bo spróbowałeś. Bo nauczyłeś się czegoś. Bo coś zrozumialeś… Poczucie siły nie mija z porażkami – wręcz przeciwnie – ono się dzięki nim rozwija. Porażki nie mają wpływu na Twoją postawę… A

niewykorzystane szanse – na długo robią z Ciebie słabeusza.

Czasem wręcz na zawsze… Czasem budzisz się w szarym pokoju w wieku 30, 40, 50, czy 80 lat i jedyne, co masz w głowie to „co by było gdybym…”

Co by było, gdybyś wykorzystywał swoje momenty? Te błyskawicznie szybko mijające momenty siły? Te krótkie chwile, w których jesteś gotowy podbijać świat i nie liczy się nic innego, jak tylko ta podróż, ten kurs, to miejsce, ta dziewczyna, ten…?

Ten moment, w którym przez chwilę nie boisz się porażek. Ta krótka chwila, w której jak karaibskie słońce na horyzoncie, budzi się w Tobie siła…

To Twoja wewnętrzna intuicja. Karm ją działaniem, a Twoje życie zmieni się nie do poznania, tak jak zmienia się krajobraz i kolory o wschodzie. Niszcz ją wątpliwościami i opinią innych, a obudzisz się pewnego dnia w szarym pokoju…
I słońce już nie wstanie…


Prawdopodobnie spodoba Ci się mój eBook „Jak odnaleźć swój raj”, bo zobaczysz jak moja intuicja zaprowadziła mnie na Karaiby.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE”.

7 myśli w temacie “Czujesz się bezsilny? Zobacz to!”

  1. Piszesz (ogolnie na zpp) o różnorodności ludzkiej (typy psychologiczne i inne -(lo)giczne, -gramowe, itd.). W takim razie też różni się ich podejście do zycia i tematów ich (nas ludzi). Dlatego jedna grupa może powiedzieć, po co komuś jedzenie nie przechodzące przez zmysły (też nie wiem gdzie dzwoni), a inna może powiedzieć po co nam życie libertariańskie (również nie znam).
    I żeby nie było, to obserwacje z dyskusji różnych na blogu. I nie wiem jakie do dysonanse 😄

    Polubienie

  2. Breatharianizm, fajna rzecz… Próbowałam swojego czasu, nawet kilka razy. Człowiek po 3. dniu czuje się szczęśliwy, po tygodniu lekki jak pióreczko, radosny, umysł jasny, dowcipny, twórczy. Ciało niemal fruwające :)) Wytrzymywałam z tego co pamiętam chyba miesiąc. Nie chudłam. Ogólnie byłam (wtedy) szczupła. Niestety, moja część duchowa przegrywała z częścią ziemską, fizyczną. Brakowało mi (ciału) smaków, zapachów pokarmów… I tak kilka razy. Faktycznie, jeśli towarzyszy temu ŚWIADOMOŚĆ DUCHowA, to nie jest to głodowanie wieńczone anoreksją. Jeżeli łączymy niejedzenie z medytacją, to metabolizm ustaje. Ciało zaczyna żywić się światłem. Praną- cząsteczkami energii słonecznej, bez pośredników, czyli bez spożywania pokarmów, które układ pokarmowy przetwarza wydobywając pranę, energię światła słonecznego wbudowanego w cząstki pokarmów. Prana zawiera WSZYSTKO, co jest ciału niezbędne. Ludzi takich (niejedzących) jest na świecie kilkadziesiąt tysięcy. Wywodzą się oni głównie z kręgów o religiach zalecających medytacje. NIE SĄ TO LUDZIE ANOREKTYCZNI, a badano pewnego mężczyznę- Prahlad Jani (googl), niejedzącego, miał nawet lekką nadwagę. Pewnie nasze normy prawidłowej wagi nie są właściwe. Był niezwykle zdrowy, jego umysł miał sprawność 20 latka. Dla niedowiarków dopowiem, że człowiek ten na czas prowadzenia badań był odizolowany od świata (pokarmów). Takich ludzi są tysiące, a rzeczywiście nasza kultura europejska nie reaguje spokojnie na bretarianizm, głodówki, wegetarianizm, i wiele innych rzeczy, które są w „mniejszości” społecznej.
    Niejedzenie, i korzystanie z energii światła słonecznego- może to przyszłość ludzkości. Zdrowej i… rozwiniętej duchowo, a więc nieagresywnej… Myślę, że tak. Ale to jeszcze bardzo długa droga…

    Polubienie

    1.         Organizm w stanie głodówki może się żywić własnymi organami przez lata. To nic dziwnego. Ale dlatego potem weganie mają nagle po latach takie problemy zdrowotne i awarię organów.
      

      Można tak żyć, tylko po co? by być nowoczesnym Szymonem Słupnikiem? 😀

      Polubienie

      1. niektórzy ludzie nie jedzą po kilkadziesiąt lat mając zdrowe organizmy. Najpierw głód „zjada” chorobowo zmienione tkanki, np nowotwory, potem tkanki tłuszczowe, ale jak widać nie wszystkie… Ech, temat przyszłościowy.
        Też uważam, że jednak wrzucenie na ząb czegoś pyszniutkiego bardzo poprawia samopoczucie. Mnie bardzo :)) Może za tysiąc lat ludzkości nie będzie tak trudno zrezygnować z dobrego jedzonka. Dziś jeszcze za wcześnie na masową skalę. Niemniej jednak pierwsze jaskółki pojawiają się, i to od tysięcy lat. Coś w tym jest. Fascynującego. Jeszcze nie poznanego. Jeszcze nam niedostępnego, bo dla nas za trudnego.
        Pozytywne będzie to, że zaprzestaniemy zabijania zwierząt dla pozyskiwania mięsa. Obecne wielkie hodowle są zabójcze dla środowiska. Już są bardzo zaawansowane prace nad hodowlą „sztucznego” mięsa. Ma to być prawdziwe mięso uzyskane w wyniku sztucznej hodowli. Może to jest nasza przyszłość, kto wie. Wówczas zatrucie środowiska będzie znacznie mniejsze.
        https://www.ekologia.pl/srodowisko/technologie/sztuczne-mieso-bedziemy-hodowac-w-domach,16959.html
        Następnym krokiem milowym w kierunku uzdrowienia środowiska i nas samych będzie eliminowanie plastików
        http://dobrewiadomosci.net.pl/25005-polka-prezentuje-jak-zastapic-smieciowe-opakowania-uzywajac-zamiast-plastiku-specjalny-rodzaj-grzyba/
        Pamiętam czasy, gdy wszystko w sklepach warzywnych, mięsnych, spożywczych, obuwniczych, itd, było pakowane w papierowe torby.. Później zaczęto „chronić” lasy, wprowadzano coraz nowsze i „lepsze” plastikowe opakowania. I teraz mamy to co mamy. Zatrute i lasy i wody, i ziemia rodząca
        Żyć nie umierać, świat nam pięknieje na naszych oczach 🙂

        Polubienie

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s